By Michael Ullman

Dzięki Octave i Mack Avenue Records, znaczna część piętrowej kariery pianisty Errolla Garnera powraca, brzmiąc lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.

Erroll Garner Octave Remastered Series on Mack Avenue Records. Dreamstreet (1959); Closeup in Swing (1961); One World Concert (1962); Campus Concert (1962); A New Kind of Love (1963); A Night at the Movies (1964); That’s My Kick (1966); Up in Erroll’s Room (1967); Feeling is Believing ((1969); Gemini (1971); Magician (1973); Gershwin and Kern (1964, 1965, and 1967).

Arts Fuse – recenzje albumów Errolla Garnera Dreamstreet, Closeup in Swing, One World Concert i A New Kind of Love.

Arts Fuse – recenzja nagrania koncertowego Errola Garnera, NightConcert

Z 12 wznowieniami nagrań pianisty Errolla Garnera, wymienionymi tutaj w przybliżonej kolejności ich wydania, wiąże się pewna historia. Pierwsza z serii, Dreamstreet, została nagrana w ciągu dwóch kolejnych nocy w grudniu 1959 roku, cztery lata po historycznym (i niemal histerycznie popularnym) nagraniu Garnera z wytwórni Columbia, Concert by the Sea. Dopiero po dwóch latach Dreamstreet zostało wydane, a gdy już się ukazało, płyta trafiła do Octave Records, własnej wytwórni Garnera. Co się stało? Garner postanowił podjąć walkę „o kontrolę nad swoim własnym katalogiem”. Rywalizował z Columbia Records, gigantem na tym polu – korporacją, której nagrania uczyniły z niego gwiazdę. To było godne podziwu odważne posunięcie ze strony Garnera, ale samostanowienie było integralną częścią jego makijażu.

Notatki do Dreamstreet zostały napisane przez jego wieloletnią menedżerkę Marthę Glaser. Sugerują one (pośrednio), przez co Garner przeszedł i dlaczego walka była tego warta. Dowiadujemy się, że Garner wygrał NIE wchodząc do studia: „Po tworzącej historię przerwie od nagrywania, Garner jest tutaj, grając, z największą swobodą w swojej godnej uwagi karierze nagraniowej. Te strony zawierają jedne z najbardziej uduchowionych, pomysłowych i poruszających występów Garnera, jakie kiedykolwiek zostały nagrane. Garner miał bezprecedensową swobodę w nagrywaniu tych utworów, do czego, jako płodny improwizator, długo dążył. Czas nie był żadnym czynnikiem: było miejsce na eksperymentowanie, rozciąganie się i po prostu 'dmuchanie’ – z całkowitą pewnością, że żaden materiał nie zostanie wydany bez jego osobistej zgody.” Podczas pierwszej z dwóch nocy nagrań, on i jego koledzy, Eddie Calhoun na basie i Kelly Martin na perkusji, grali od 22:00 do 6:30 rano następnego dnia. Garner nie dotarł do studia. I, po raz pierwszy, czas nie był czynnikiem.

Legendy dorastały wokół oczywiście zadziornego Garnera: miał 5 stóp 2 i mówiło się, że występował na stosie książek telefonicznych. (Pianista nie umiał czytać muzyki, a przynajmniej tak twierdził, co niekoniecznie było pożądaną wadą w epoce bebopu. Ale to, że „grał z głowy”, zjednywało mu sympatię tłumów, które przychodziły na jego koncerty. Fani uwielbiali też to, że swoim improwizacjom towarzyszył chrząkającym wokalem. Wchodził w interakcje ze słuchaczami w inny, charakterystyczny dla siebie sposób. Kiedy w 1961 roku kupiłem jego album Closeup in Swing, tym, co początkowo rzuciło mi się w oczy, były jego rozbudowane wstępy muzyczne. Zaczynał pewnie i rozwlekle, ale często nie było wcale jasne, jaką melodię zamierza zagrać. Kiedy po długiej wycieczce w końcu trafiał na znaną melodię, czy to „Just One of Those Things” czy „Sweet Lorraine”, publiczność śmiała się i klaskała z zachwytu. Było to tak, jakby bawił się z dzieckiem w „peek-a-boo” – nawiązywała się zabawnie złośliwa więź.

Był niezaprzeczalnie żywiołowym pianistą, skłonnym do tupania akordami, ryczących tremoli i nagłych spadków głośności. Lubił grać melodie w ciszy. Jego lewa ręka wybijała miarowy rytm 4/4, który zawsze brzmiał nieco pospiesznie – jakby spóźniała się na pociąg. Tymczasem on wymyślał melodie, przerywając je uderzeniami i wielkimi gestami, dwutaktowymi pasażami w oktawach lub lodowatymi liniami jednodźwiękowymi. Koniec refrenów zaznaczał wielkimi crescendami, po których nieuchronnie następował spadek do pianissimo. Jego styl polegał na wielkich kontrastach. Louis Blues” (na płycie Closeup in Swing) rozpoczyna kłującą serią akordów, które mogłyby być wykonane przez kafar. Następnie podaje pierwszą sekcję słynnego utworu W.C. Handy’ego w stylu latynoskim. Następnie powraca do jeszcze bardziej agresywnego 4/4, w momencie utworu, gdy piosenkarka mówi nam, że nienawidzi patrzeć, jak wieczorne słońce zachodzi.

Oczywiście, jego repertuar zawierał jego własne kompozycje – był kompozytorem „Misty” – ale głównie grał sukcesję znanych standardów i melodii show, takich jak medley z Oklahomy na Dreamstreet. Sławę przyniosła mu sesja na Zachodnim Wybrzeżu z Charliem Parkerem, ale raczej omijał repertuar bopowy i hard bopowy: trudno byłoby brzmieć mniej jak Bud Powell niż Garner. Jednak później, na swój sposób, zdobył kilka jazzowych hitów, w tym „Watermelon Man” Herbiego Hancocka i „The Girl From Ipanema” Jobima (oba na płycie Up in Erroll’s Room). Ogólnie rzecz biorąc, jego repertuar mógłby być równie dobrze grany przez Louisa Armstronga lub muzyka swingowego, takiego jak Lester Young: wiele utworów, które tu znajdziemy, było granych przez obu. (Wyjątkiem jest „Spinning Wheel” Blood, Sweat and Tears, który znajduje się na Feeling Is Believing.)

Garner urodził się w Pittsburghu w 1921 roku. Zmarł z powodu problemów z sercem w 1977 roku. Był bliźniakiem, ale poważną muzyczną konkurencję w jego sześcioosobowej rodzinie stanowił starszy brat Linton, pianista, który w 1946 roku zaczął nagrywać ze słynną Billy Eckstine Orchestra. Do tego czasu Erroll, w większości samouk, po zakończeniu kariery, którą Charles Dickens określiłby mianem cudownego dziecka, przeniósł się do Nowego Jorku. Pierwsze nagrania, które się zachowały, zostały dokonane w domu Timmiego Rosencrantza. Były one kiedyś dostępne na płytach Classics jako Erroll Garner 1944 i 1944, Volume Two. (Inne wczesne nagrania znajdują się na Complete Savoy Masters.) Jego trio stało się hitem wkrótce po jego przybyciu na Manhattan. Rozwijał się. W 1945 roku nagrywał z zespołami prowadzonymi przez Slama Stewarta, Georgiego Aulda (z Dizzym Gillespie) i, co najbardziej imponujące, z saksofonistą Donem Byasem. Przeniósł się do Kalifornii i nagrywał z progresywnym zespołem Boyda Raeburna, z nowo utworzonym trio, a 17 lutego 1947 roku wystąpił z zespołem Charliego Parkera, z którym nagrał „Cool Blues” i który wspierał przebojowego wokalistę Earla Colemana w utworze „This is Always”. W 1950 roku został podpisany przez Columbia Records, która nagrała jego „Misty” z orkiestrą pod dyrekcją Mitcha Millera. Z Columbią dokonał wielu udanych nagrań, w tym Paris Impressions.

Niemniej jednak, w latach 60-tych był już na swoim, czego pragnął. Wątpię, by kiedykolwiek oglądał się za siebie. (Nie jestem pewien, czy byłbym w stanie odróżnić jego styl z Columbii od tego, jak grał dla swojej własnej wytwórni, ale musiało to być dla niego inne uczucie). Octave wziął 12 płyt Garnera, zremasterował je fachowo i dodał kilka wcześniej niepublikowanych kawałków. Now Playing, One World Concert, Dreamstreet i Campus Concert są nagraniami tria: na Gemini trio jest powiększone o José Manguala na congach. Dla mnie to właśnie trio wydaje się najbardziej naturalne dla Garnera – choć jego sekcja rytmiczna musi spędzić sporo czasu dyskretnie czekając, aż przejdzie do melodii. A New Kind of Love daje nam Garnera grającego (w większości) partyturę do filmu o tym samym tytule. Gwiazdami filmu są Paul Newman i Joanne Woodward, a w sesji udział bierze Garner z orkiestrą pod dyrekcją Leitha Stevensa. Weteran aranżacji Pete Rugolo wykonał niektóre z aranżacji, jak choćby w wersji „Mimi” Garnera. Co ciekawe, być może dlatego, że jest prowadzony przez duży zespół, Garner brzmi tu mniej ekscentrycznie, mniej charakterystycznie niż w swoich zestawach triowych. A jednak jest to znakomita kolekcja utworów, z których pięć skomponował Garner. Ideą było zaprezentowanie kompozycji pianisty, ale moim ulubionym kawałkiem jest rozkosznie łagodny swing utworu tytułowego, „You Brought a New Kind of Love to Me”, wprowadzonego do świata jazzu w 1930 roku przez Ethel Waters. Utwór ten nigdy nie zniknął, a jego późniejsze nagrania pochodzą od Binga Crosby’ego, Franka Sinatry i Peggy Lee. Instrumentalna wersja Garnera jest w tej lidze.

Garner powraca do swojego chrząkającego „ja” w „That’s My Kick”, przed zespołem, który zawiera gitarę rytmiczną, wielu perkusistów i weterana basistę Milta Hintona. Bardzo podoba mi się dowcipna kompozycja Garnera „Nervous Waltz”. Pierwsze nuty, które słyszymy na „Up in Erroll’s Room” są autorstwa basisty, który tworzy podwaliny pod „Watermelon Man”. Tutaj do Garnera dołącza chór instrumentów dętych blaszanych. W jednym z wstępów pianista zdaje się robić mambo z „I Got Rhythm”. Po nim następuje „True Blues”, który jest uderzający, ponieważ zwraca uwagę na to, jak niewiele bluesów Garner nagrał. Feeling Is Believing stawia świetnego basistę, George’a Duviviera, w roli drugoplanowej i oferuje rozbudowaną sekcję rytmiczną. Grają uptempo „Strangers in the Night” i, z niezwykłą delikatnością, „Mood Island” Garnera. Album Magician zawiera jeszcze jednego godnego uwagi bluesa, „It Gets Better Every Time”, wraz z okazjonalnym wykorzystaniem organów Normana Golda. Wreszcie, jest kolekcja amerykańskich klasyków, Gershwin i Kern, utwory nagrane w różnym czasie w latach 60-tych i po raz pierwszy zebrane i wydane w 1976 roku.

Dzięki Octave i Mack Avenue, znaczna część piętrowej kariery Garnera powraca, brzmiąc lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Trudno jest podsumować jego urok. Garner jest zmanierowany, jego styl ledwie drgnął, gdy już został osadzony w latach 50. A jednak pianista zawsze dobrze się bawi i ta radość jest zaraźliwa. Słuchacze wiedzą, że gra najlepsze utwory, i robi to, jak sugeruje jeden z jego tytułów, z mucho gusto.

Michael Ullman studiował klasyczny klarnet i kształcił się na Harvardzie, University of Chicago i U. of Michigan, z którego otrzymał doktorat z języka angielskiego. Jest autorem lub współautorem dwóch książek o jazzie, pisał o jazzie i muzyce klasycznej dla Atlantic Monthly, New Republic, High Fidelity, Stereophile, Boston Phoenix, Boston Globe i innych. Jego artykuły na temat Dickensa, Joyce’a, Kiplinga i innych pojawiały się w czasopismach akademickich. Od ponad 20 lat pisze dwumiesięczną kolumnę jazzową dla Fanfare Magazine, dla którego recenzuje również muzykę klasyczną. Na Tufts University wykłada głównie pisarstwo modernistyczne na Wydziale Anglistyki oraz historię jazzu i bluesa na Wydziale Muzyki. Kiepsko gra na fortepianie.

Leave a comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.